O mnie     Reklama     Kontakt

Wilk z Wall Street – recenzja filmu

Rozrywka / 16 stycznia 2014

Scorsese, DiCaprio, Belfort –  sukces, pieniądze, seks, więcej pieniędzy i jeszcze więcej seksu.  To oczywiste, że nie mogłam przegapić tego filmu. Wy też nie możecie. Choć żadne z niego dzieło sztuki.

Jordan Belfort. Każdy, kto choć raz marzył o kąpieli w milionach dolarów, natknął się kiedyś na to nazwisko. Blisko 25 lat temu zrobił oszałamiającą karierę okupioną stertami zielonych banknotów. Przykładny, kochający mąż i ojciec, który pod wpływem marzenia o fortunie zamienia się w wiecznie naćpanego, uzależnionego od seksu miliardera.

 

Historia jak z filmu, co?

 

71-letni mistrz Scorsese bierze ją na warsztat i ubiera Jordana w skórę jednej z najbardziej niedocenionych gwiazd Hollywood. DiCaprio po raz kolejny udowadnia jak doskonałym jest aktorem i choć nie jest to może rola na miarę Oscara – kto wie, czy teraz w końcu nie uda mu się zgarnąć statuetki?

 

Filmowy Belfort jest naprawdę miłym gościem. Jest grzeczny, pokorny, nie ma nałogów i marzy o uczciwym dorobieniu się fortuny. Przez kilka pierwszych minut filmu. Wszystko się zmienia, kiedy poznaje Marka Hanna (Matthew McConaughey) – specjalistę od zarabiania pieniędzy, kokainy i masturbacji.

Belfort jest grzeczny, pokorny, nie ma nalogów i marzy o uczciwym dorobieniu sie fortuny. Przez kilka pierwszych minut filmu 

Mimo trudnych początków w karierze, Belfort szybko podłapuje, o co w tym wszystkim chodzi. Zatrudnia się w podrzędnej agencji handlującej akcjami śmieciowych spółek i dzięki karmieniu swoich klientów pokładami kreatywnej ściemy, wkrótce dorabia się niezłych pieniędzy. Ale to tylko przedsmak tego, co zamierza osiągnąć.

Scorsese wraz z DiCaprio i zastępem świetnych aktorów (takich jak m.in. wspomniany McConaughey czy Johan Hill, który daje tu popis swoich komediowych umiejętności) serwuje nam w „Wilku…” niezłą jazdę bez trzymanki zaprawioną sporą dawką humoru. Jesteśmy świadkami uczty chciwości, cwaniactwa i nałogowych orgii. Przyglądamy się krainie rozpusty, która zdaje się trwać wiecznie i której z pozoru nic nie jest w stanie zagrozić. Zastępy dziwek, tony narkotyków, seks i balangi do upadłego, a to wszystko zakropione najlepszym współczesnym afrodyzjakiem – ogromnymi pieniędzmi. Jeżeli dodamy do tego świetną muzykę, scenografię, wciągające dialogi albo po prostu powiemy „SCORSESE” – nie będę chyba musiała pisać nic więcej.Bo to naprawdę dobry film. Dobry, choć nie zgadzam się z mówiącymi o geniuszu tej produkcji. Mimo wszystko dość mocno odczułam przesyt wulgarności, kopulacji i powtarzających się imprezowych schematów. Trzy godziny nieustannej orgii to jak dla mnie odrobinę za dużo. Nawet jeśli organizatorem imprezy jest Martin S., a atrakcją wieczoru Leo w gustownym białym porshe.







Previous Post

Nigdy się nie poddawaj

Next Post

Pod Mocnym Aniołem - recenzja filmu