O mnie          Kontakt

Dlaczego nie powinieneś oglądać filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya”?

Rozrywka / 15 lutego 2015

Bo zapłaczesz gorzko. Bo nagle wszystkie złe filmy, które obejrzałeś w swoim życiu wydadzą Ci się całkiem niezłe. Bo stracisz czas, którego nie odzyskasz już nigdy i przez kilkanaście minut po obejrzeniu nie będziesz w stanie uwierzyć, że udało Ci się dobrnąć do końca. To jest tak złe, że aż nie mogę w to uwierzyć. 

holding-fifty-shades-of-greyObejrzałam „Pięćdziesiąt twarzy Greya” z tego samego powodu, dla którego przeczytałam książkę – z ciekawości. E.L. James wyprodukowała wprawdzie bełkot, który technicznie opierał się niemal wyłącznie na niezbyt błyskotliwych dialogach i opisach seksualnych aktów i fantazji, ale mimo wszystko opisała historię złożoną z kobiecych pragnień.

To takie pierwotne,   że wszystkie pragniemy Christiana Greya – mężczyzny, który jest młody, ale już ma ogromne pieniądze, sukces, popularność i tajemnicę. Jest bardzo silny, ale w środku jest skrzywdzonym chłopcem, który potrzebuje miłości. Potrafi słuchać, wykazuje inicjatywę, ma milion talentów, a do tego: w łóżku jest silny, dominujący, zwierzęcy. Banalne i bajkowe do porzygu, ale po przeczytaniu tej książki byłam pewna, że nawet z tak słabej historii da się zrobić ładny obrazek, który z przyjemnością oderwie kobiety od ich codziennej pułapki oczekiwań i pozwoli odpłynąć na chwilę w przestworza własnych fantazji.

I nadal uważam, że się da. Tylko, że nikt jeszcze tego nie zrobił.
Twórcy filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zaserwowali nam natomiast filmową papkę, poziomem dorównującą warsztatowi pisarskiemu E.L. James.

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Oto 5 odpowiedzi na pytanie, dlaczego pod żadnym pozorem nie powinieneś oglądać filmu „Pięćdziesiąt twarzy Greya”:

1) Bo gra aktorska sięgnęła dna i będzie Ci przykro.

Mnie było. Bez dobrego aktorstwa nie ma dobrego filmu. A to, co zaprezentowali Dakota Johnson i Jamie Dornan woła o pomstę do nieba. Ona – królowa jednej miny, on – jednej emocji. Tak drętwi i nieodnajdujący się w postaciach, jak tylko to możliwe. Postacie płytkie i mało wiarygodne, sami aktorzy – zupełnie niezgrani. Stale miałam wrażenie, że oni chcą to szybko zagrać i iść do domu. Zero chemii na ekranie, zero napięcia, zero emocji. Toksyczna relacja między bohaterami, namiętność? Anastasia Steele miała taki sam wzrok w trakcie picia herbaty, co w trakcie miłosnych uniesień.

2) Bo w tym filmie nie ma czegoś takiego jak akcja.

Tam się nic, poza kilkoma scenami seksu, nie dzieje. Nic kompletnie. Ciąg bezsensownych dialogów, żeby tylko jak najszybciej przejść do pokoju zabaw i zdejmowania koszulki przez Christiana Greya. Absolutnie ma mam nic przeciwko zdejmowaniu koszulki, ale Christian w ciele Dornana był tak nudny i nijaki, że nawet przez sekundę nie miałam ochoty iść z nim do łóżka.

Nie ma żadnego napięcia, oczekiwania, przeciągania struny. Widz nie ma szansy naprawdę zapragnąć tego, żeby on rzucił ją o ścianę i pocałował, bo Grey robi to zanim pojawią się jakiekolwiek emocje, bez dobrego soundtracku ani podniecającego kontekstu. Nie mamy szansy zastanowić się nad relacją bohaterów i poznać ich, bo on non stop ją rozbiera albo smaga biczem. Myślę, że gdybym nie przeczytała wcześniej książki, miałabym niezły mindfuck. Chociaż nie – i tak miałam.

3) Bo scenariusz …

Zlepek scen i postaci, które nie mają żadnego znaczenia. Dziury w fabule. Przez piętnaście minut się nudzisz, a potem nagle nie możesz się połapać. Nic dobrego. Złe bardzo.

4) Bo soundtrack jest świetny, a nie ma go tam prawie wcale.

Twórcy powinni dostać nagrodę w plebiscycie na najbardziej beznadziejne wykorzystanie soundtracku w historii. Jak można mieć tak dobre numery, a wrzucać je w obrazki w formie teledysku? Jak można nie zbudować poprzez tę muzykę emocji? Ileż dobrego w kluczowych scenach erotycznych zrobiłyby lepiej dobrane fragmenty utworów, ile pocałunków mogło elektryzować widzów dzięki właściwemu użyciu dostępnych narzędzi muzycznych? Szkoda. Szkoda ogromna.

5) Bo ten film jest po prostu nijaki.

Ani Cię nie zachwyci, ani nie rozśmieszy, ani nie zdołuje, ani nie zasmuci, ani nie zastanowi, ani nie podnieci. Ten film nic nie wyróżnia. Liczyłam bardzo na to, że sceny erotyczne będą spektakularne, że pojawią się efekty, o których istnieniu nie miałam pojęcia, miałam nadzieję, że to może być znakomita refleksja nad ciałem… Nic z tego. Ten film niczego Ci nie da. Wyjdziesz z kina bez żadnej refleksji. Po prostu będzie Ci szkoda zmarnowanego czasu.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” mówi o niczym. Niczego nie przekazuje, nie ma puenty, nie wciąga, nie przenosi do innego świata. To film  nie wart nawet jednej gwiazdki, a już na pewno – nie wart Waszej uwagi.

Przy wejściu na seans każdy widz dostawał wczoraj paczuszkę z prezerwatywą. Moim zdaniem bardziej trafionym prezentem byłby w tym wypadku worek. Na głowę. Żeby nie musieć na to patrzeć.







Previous Post

Jak nie oczekiwać zbyt wiele w Walentynki

Next Post

Musisz robić w życiu coś nadzwyczajnego



Dodaj komentarz